Warning: file_get_contents(http://hydra17.nazwa.pl/linker/paczki/mater.do-symbol.stargard.pl.txt): failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.1 404 Not Found in /home/server455784/ftp/paka.php on line 5
an43

nie zabiłby jej. - Dlaczego? - spytał Dodds. - Bo... bo... on ją chyba kochał. - To wyznanie rozdarło jej serce. - Chciał się z nią ożenić. - Głos jej się rwał, a z jej ust wychodziły strzępy słów. - To było chyba jego dziecko. - Nie! - Rex zerwał się na równe nogi. - Nie uwierzę w to.. - A niech mnie! - Szeryf gapił się na Cassidy, drapiąc się w brodę. - Dlaczego nie powiedziałaś tego wcześniej? - Bo nikt mnie nie pytał, a poza tym... to tylko moje przypuszczenia. - Jeżeli twoje przypuszczenia są prawdziwe, Brig powinien wrócić, poddać się przesłuchaniom i opowiedzieć nam dokładnie, co się stało. Inaczej będziemy musieli uwierzyć Williemu i dowodom, które potwierdzają jego słowa. - Brig McKenzie nie jest ojcem dziecka! - Rex potrząsnął głową, jakby przeczenie prawdzie mogło ją zmienić. - Tato... - Ona w ogóle nie zwracała na niego uwagi. - Boże, czy to ma teraz jakieś znaczenie? Angie nie żyje. Cassidy miała wrażenie, że ściany pokoju ją osaczają. Wybiegła z gabinetu najszybciej, jak mogła. Minęła setki płonących świec i weszła po schodach do pokoju Angie. Drzwi były zamknięte, ale otworzyła je siłą. Prawie odskoczyła, gdy poczuła zapach perfum - zapach Angie, który unosił się za progiem. Mała Angie z wielkiego portretu spoglądała na nią i na lalki - Barbie i Kenów. Pozostałe rzeczy siostry stały posegregowane w pudłach. Cassidy poczuła rozdzierający ból. Szybko zamknęła drzwi. Oparła się o ścianę przy schodach. Walczyła ze łzami. Ugięły się pod nią kolana. Gdzie on jest, zastanawiała się, osuwając się na podłogę. Gdzie? Zobaczyła szeryfa Doddsa, jak mrużąc oczy sięgał do tylnej kieszeni spodni po paczkę tytoniu. Patrzył ponad katafalkiem na miejsce, gdzie upadła Cassidy. Dziewczyna ukryła twarz w dłoniach. Cassidy spojrzała na kalendarz. Od pożaru minął prawie tydzień, a w domu nadal panował żałobny nastrój. Postanowiła uciec ze swojego pokoju. Zatrzymała się na schodach, bo dwie przyjaciółki jej matki: Geraldine Caldwell i Ada Alonzo czekały w korytarzu, przekonane, że są same. - Śmierć Angie zabije Reksa - powiedziała Geraldine szeptem. Kobiety trzymały w rękach pudła. Wyglądało na to, że wpadły przynieść potrawy domowej roboty i gotowaną szynkę, tak wielką, że można by nią nakarmić wszystkich głodujących Trzeciego Świata. A w domu nikt nie miał apetytu. - Kochał tę dziewczynę do szaleństwa. - Przecież wiem. - Ada, matka Bobby’ego, przeżegnała się szybko i skłoniła głowę. Cassidy z góry dostrzegła na jej głowie siwe włosy, które na próżno starała się ukryć pod farbą. Czy ci wszyscy dobroczyńcy nie mogliby im dać wreszcie spokoju i przestać krążyć jak sępy? Przychodzili z cierpiącym wyrazem twarzy o każdej porze dnia i nocy, składali kondolencje i udzielali rad. Klepali Cassidy po plecach, jeśli była w pobliżu. Uważała ich wszystkich za obłudników. Zjawiła się nawet Earlene Spears, żona pastora. Chociaż Rex Buchanan był przez całe życie gorliwym katolikiem, Earlene poczuła się w obowiązku złożyć kondolencje jako przedstawicielka kościoła swojego męża. Wstąpiła do nich wczoraj, sztywna jakby połknęła kij od szczotki. Zacisnęła usta, gdy zobaczyła płonące świeczki w korytarzu. - Wstyd... taki wstyd - stwierdziła z politowaniem. Kościstymi palcami dotykała krzyżyka, który miała na szyi. - Taka miła dziewczyna. Mam tylko nadzieję, że znajdą tego McKenziego. Zawsze z nim były problemy. Od dziecka. Wiem, bo przecież zajmowałam się jego starszym bratem, kiedy on się urodził... Och, ale przecież nie po to tu przyszłam. Chciałam złożyć najszczersze kondolencje w imieniu swoim, pastora i całej kongregacji... Cassidy nie mogła oddychać, gdy ta kobieta była w domu. A teraz w korytarzu szeptały Ada i Geraldine. Odsunęła się od balustrady i schowała się w pokoju, który od czasu pożaru stał się jej schronieniem. Odwiedziło ją kilka przyjaciółek, ale powiedziawszy tylko, że przykro im z powodu Angie, szybko się ulotniły, bo przekonały się, że Cassidy jest jeszcze w szoku i nie ma ochoty na towarzystwo. - Dena - odezwały się jednocześnie kobiety, gdy zobaczyły, że matka Cassidy wychodzi z pokoju. Pewnie Mary otworzyła im drzwi. Ostatnio pełniła w domu obowiązki lokaja, kucharza i gospodyni. - Byłyśmy chore ze zmartwienia. - Głos Ady. Szczery. Nosowy. - Tak. Czy mogę jakoś... czy możemy jakoś pomóc? Sędzia wychodzi z siebie. Przysięga, że ten, kto to zrobił, dostanie za swoje, jeżeli tylko go przed nim postawią. Możesz mi wierzyć. - Mam nadzieję, że zgnije w piekle - powiedziała Dena. Cassidy poczuła mdłości. - To diabelskie nasienie. Zawsze był zły. A Angie... niech spoczywa w pokoju. - Felicity jest ledwie żywa - oznajmiła Geraldine. - Były tak blisko z Angie... Straciła najbliższą przyjaciółkę. - Westchnęła. - Oprócz własnego żalu, ma jeszcze na głowie Derricka. - Biedny chłopak. - To znowu Ada. - Nie można z nim wytrzymać - stwierdziła Dena, bez obaw krytykując swojego pasierba. - Chce, żebyśmy zatrudnili prywatnego detektywa. Chce dopaść McKenziego i powiesić go jak psa. Ta rodzina się rozpada. - A jak to znosi Cassidy? - spytała Ada.

an43

Diaz... Po tym krótkim czasie spędzonym z Diazem czuła się, jakby
sobą, pozbawiając dzień światła i kolorów. Milla objęła dłońmi
poza czystą współpracą z Diazem. Seks - może, związek - na pewno
trafił, to ten wiodący do Guadalupe, tej nocy, której spotkała Diaza.
135
każdej plotce czy małym postępie. To on telefonował do niej mniej

Davida. Zabolała ją ta świadomość. Wprawdzie do czasu porwania
na lotnisku w Louisville, zakładając z góry, że na pokładzie samolotu
wzroku, jeep także zniknął sprzed werandy Na stole kuchennym leżała
awantury? Rozumiem was obie. Jestem przecież matką i sama
poważnie zastanawiała się nad kaftanem bezpieczeństwa. Dla siebie.
powinna umierać w brudnej, obskurnej norze rojącej się od
chłopców. Rozumiesz, zdziro? Twoje dziecko sprzedaliśmy takiemu,

Dotknał palcem blizny, pamiatki po starciu z bratem, do

oprawce. Na jej identyfikatorze było napisane LINDA RIFKIN, DYPLOMOWANA PIELĘGNIARKA. Miała nijakie rysy
ścisnęła kierownicę tak mocno, że aż zabolały ją palce. Wcale się w nim nie zakochiwała. Co za niedorzeczne
Zebrała się w sobie i podniosła oczy. Zmusiła się do konfrontacji z jego pytającym spojrzeniem.
z mocnym postanowieniem, ¿e nie bedzie ju¿ myslec o Nicku,
- Teraz to już nieważne.
oddziale intensywnej opieki medycznej szpitala Bayside. Le¿ał
małego domu, jego schludnemu umeblowaniu i ołtarzykowi ku czci Ramóna. - Hej, co ty masz przeciwko mnie,
siły, by posłac te bogata dziwke do diabła.
no i wróciłam tutaj, żeby wyjaśnić sprawę. Gdzie jest moja córka, tato? - wycedziła przez zęby, które zaciskała tak
Była inna, czuł to. Dojrzała. Swiadoma siebie. Samodzielna.
Paterno, obróciwszy sie na krzesle, siegnał po raporty
Gwizdnął na Crocketta i powoli wyszedł przed dom, w popołudniową, teksańską spiekotę. Boże, jaki upał. W
Sędzia jest także moim ojcem.
szklane drzwi i wyszła w wieczorną spiekotę.
Cissy, gdzie panował straszny rozgardiasz. Ksia¿ki, dyskietki,

©2019 mater.do-symbol.stargard.pl - Split Template by One Page Love